Niebagatelna potyczka

Niebagatelna potyczka

Wybór przewodniczącego Rady Europejskiej wzbudził emocje, choć samo stanowisko na to nie zasługuje. Jednak kontekst nadał mu rangę i rząd to wykorzystał.

Po pierwsze, kontekst był taki, że potwierdzenie sprawowania tej funkcji przez Donalda Tuska dotyczyło osoby, która – będąc polskim premierem – zawsze sprzyjała interesom Niemiec. Był za to nagradzany. Dla naszego zachodniego sąsiada tym bardziej był więc Tusk użyteczny w obecnym usytuowaniu. I w Polsce, i w Europie nie wszyscy jednak tak go postrzegali. Wykazując elastyczność, Niemcy mogli to przekonanie utrwalić. Angela Merkel wybrała inną drogę, co w zderzeniu z otwartym sprzeciwem rządu polskiego stygmatyzowało i stygmatyzuje Tuska jako niemieckiego kancelisty. Tusk niewiele już w Polsce zwojuje. Dla naszej polityki wewnętrznej to aspekt ważny. Ważniejsze jest jednak co innego.

Po drugie, zgłaszając sprzeciw w sprawie co prawda rzeczowo czwartorzędnej, ale prestiżowo zauważalnej, rząd Polski na poziomie praktyki europejskiej samookreślił się jako lider koncepcji definiowanej krótkim sformułowaniem „Europa Ojczyzn”. Onegdaj tak sformułowany postulat pod adresem jednoczącej się Europy wysuwał gen. Charles de Gaulle, prezydent Francji. Od zarania UE toczy się spór o to czy zjednoczona Europa ma być przyjaznym związkiem państw narodowych, czy też scentralizowanym – w stopniu możliwym do osiągnięcia – podmiotem prawno-międzynarodowym. Przez dziesięciolecia spór ten w praktyce rozstrzygano, na różne sposoby, na korzyść drugiej koncepcji. Działo się tak w dużej mierze dlatego, że UE nie jest tworem demokratycznym, a bardzo wiele rozstrzygnięć w jej łonie zapada w trybie gabinetowym. Gdy jednak do głosu dochodzą obywatele państw europejskich, wybór takiej koncepcji odrzucają. Przykładowo: w 2005 r. przeciwko konstytucji dla Europy, ustalonej w gabinetach, opowiedzieli się Holendrzy (ok. 62% głosujących) i Francuzi (ok. 55% głosujących). Całkiem niedawno, widząc kierunek rozwoju UE, w połowie 2016 r. obywatele Wielkiej Brytanii opowiedzieli się nieznaczną większością (ok. 52%) za porzuceniem Unii.

Zgłaszając samotnie sprzeciw wobec kandydata popieranego przez hegemona UE, rząd polski przedstawił się jako faktyczny lider koncepcji „Europy Ojczyzn”. Zresztą niektórzy komentatorzy niemieccy już dwa dni po rozstrzygnięciu w sprawie Tuska zadali pytanie o słuszność uporu kanclerz Merkel w tej sprawie.

Po trzecie wreszcie, trzeba zadać sobie pytanie o to, jak walczyć o podmiotowość wewnątrz UE (a jest oczywiste, że walczyć trzeba). Odpowiedź na to pytanie podpowiedział nieopatrznie François Hollande, obecny prezydent Francji, mówiąc, iż Polska ma tylko wartości, a decydenci UE mają pieniądze. No, właśnie. Jeśli nie dysponuje się dostateczną siłą ekonomiczną, to trzeba choć wykazać się determinacją.

Nawiasem mówiąc, w latach drugiej wojny światowej wspomniany wyżej de Gaulle nie dysponował dostateczną siłą militarną, ale jego determinacja spowodowała uznanie Francji po wojnie za światowe mocarstwo, choć wkład tego kraju w zwycięstwo uznać można za mizerny. A w każdym razie grubo mniejszy niż wkład Polski.

Na zakończenie tych dywagacji odsyłam moich czytelników do zabawnej, lecz słusznej wyliczanki pomieszczonej na portalu p. n. wrealu24 pl: http://wrealu24.pl/4741-10-rzeczy-jakie-ugral-kaczynski-na-wyborze-tuska-a-jednak-sukces-rzadu-pis.

Życzę refleksyjnej lektury.

Niebagatelna potyczka