Trump stawia na prawe skrzydło Europy

Trump stawia na prawe skrzydło Europy

Prezydent USA z entuzjazmem mówił w Warszawie o sensie polskiej narodowej historii i współczesnym przesłaniu jakie z niej wynika dla obywateli naszej cywilizacji, tej zrodzonej z greckiej filozofii i sztuki, łacińskiego prawa i porządku oraz chrześcijańskiego sposobu pojmowania człowieka i świata. Mówił o tym do nas i my to rozumieliśmy. Przede wszystkim jednak mówił to do zachodnich Europejczyków, w tym do ich t. zw. elit, a także do tych wszystkich wychowanych w tradycji grecko-łacińsko-chrześcijańskiej, którzy lekceważą – z zamysłu lub z głupoty – to rodzime źródło naszej cywilizacji.

Prezydent Trump zwróci się do Europejczyków nie jak polityk, z lepszymi albo gorszymi ofertami, ale jak przywódca, wskazując cele, na które muszą być z determinacją zorientowane narody i państwa stworzone w ramach naszej cywilizacji. Donald Trump jasno zdefiniował te cele. Są nimi: Bóg, rodzina, indywidualna wolność i suwerenność narodowych państw. W wielu miejscach swego wystąpienia nawracał do tego zasadniczego przesłania. Przypomnę jedną tylko frazę: „[…] w sercu naszego życia stawiamy wiarę i rodzinę, a nie władzę i biurokrację. Wszystko poddajemy debacie i kwestionujemy. Chcemy poznać wszystko, żeby lepiej poznać siebie. I przede wszystkim doceniamy godność życia każdej ludzkiej istoty, bronimy praw każdego człowieka i podzielamy nadzieję na życie w wolności tkwiące w każdej ludzkiej duszy” (cytaty pochodzą z tekstu zamieszczonego na stronie ambasady USA).

Dobitnie też powiedział, że wartości tych trzeba bronić, że trzeba mieć do tego determinację, siłę ducha, siłę moralną. Odwołał się tu do słów bł. biskupa Kozala: „Od przegranej orężnej bardziej przeraża upadek ducha u ludzi”. Najważniejsze jest to czy chcemy bronić naszej cywilizacji, czy mamy taką wolę. Jak w wielu miejscach swego przemówienia, Trump odwoływał się do naszej historii: „Historia Polski uczy nas, że obrona Zachodu nie zależy ostatecznie od pieniędzy, a od woli przetrwania narodu”.

Charakterystycznym fragmentem wystąpienia prezydenta Trump’a było odniesienie się do uporczywej i morderczej walki żołnierzy Armii Krajowej o przesmyk w Al. Jerozolimskich podczas Powstania Warszawskiego. Stojąc przy pomniku upamiętniającym to Powstanie, długo przywołał ten wątek, by zwieńczyć go tezą: „Ci bohaterowie przypominają nam, że Zachód został ocalony dzięki krwi patriotów, że każde pokolenie ma w tej obronie do odegrania swoją rolę, że każda piędź ziemi, każdy centymetr naszej cywilizacji jest tej obrony wart”. Odwołując się do heroizmu powstańców, powiedział nam, że można być herosem w walce o zachowanie cywilizacji stworzonej na fundamencie greckim, łacińskim i chrześcijańskim, tylko trzeba chcieć: „Nasza walka w obronie Zachodu nie zaczyna się na polu bitwy; zaczyna się od naszych umysłów, naszej woli, naszych dusz”.

Urzędujący prezydent USA zaprezentował się jako prawdziwy przywódca świata naszej cywilizacji. Objawił się jako przywódca nie dlatego, a przynajmniej nie tylko dlatego, że jego kraj dysponuje największą potęgą militarną i wyjątkową potęgą gospodarczą. Objawił się nim, bo jasno powiedział, że ma wolę bronienia wartości, na fundamencie których uformowane zostały narody i państwa naszego kręgu kulturowego.

W naszym kręgu kulturowym od dziesięcioleci tak dobitnie się nie deklarował żaden z polityków. Już samo ogłoszenie wizyty prezydenta Donalda Trumpa w Polsce i jej kontekst było kolejną zapowiedzią nowej strategii amerykańskiej. Ten kontekst to rzecz jasna spotkanie prezydenta z grupą krajów Trój-morza jeszcze przed spotkaniem z krajami grupy G20. Decyzja o wizycie u nas urzędującego prezydenta USA sygnalizowała, że Amerykanie uważają kraje prawego skrzydła UE za swego potencjalnie priorytetowego partnera w Europie. Jednocześnie sygnalizowała krajom lewego skrzydła UE – zresztą nie pierwszy raz – że USA nie są na naszym kontynencie skazane na partnerstwo właśnie z tymi krajami. Sygnalizowała, że Stany Zjednoczone mają alternatywę i że z niej już korzystają, a zatem będą korzystać. Amerykanie wprost komunikują: możemy zmienić geopolitykę Europy i to robimy. I będą to robić, bo to leży w ich interesie.

Nie są to spekulacje. Donald Trump, prezydent jedynego na świecie mocarstwa, przesunął do Polski i innych krajów prawego skrzydła UE tysiące amerykańskich żołnierzy, usytuował u nas amerykańskie dowództwo dywizyjne, przesyłał do Polski skroplony gaz i zapowiedział, że na zasadach komercyjnych zasili kraje prawego skrzydła UE dalszymi długoletnimi dostawami, a prezydentowi Polski i przywódcom krajów Trój-morza dał pierwszeństwo przed dotychczasowymi głównymi graczami Europy. Inaczej mówiąc, pierwsze owoce tej amerykańskiej strategii już są, a w przyszłości będzie – a co najmniej może być – ich urodzaj.

Stany Zjednoczone są wytworem naszej cywilizacji, więc jej obrona jest interesem egzystencjalnym tego mocarstwa. Dla skutecznej zaś obrony musi mieć ono niezawodnych sojuszników w mateczniku tego kręgu kulturowego, czyli w Europie. Tymczasem od lat jest z tym problem. Jednym z wyrazów tego jest szeroko rozpowszechniony anty-amerykanizm w krajach lewego skrzydła Europy, nawet w Wielkiej Brytanii. Do tego kwitnąco rozwija się związek Niemiec i Rosji, a to zagraża gospodarczej i politycznej równowadze w Europie. Na to Amerykanie nie mogą sobie pozwolić. Wzmacnianie prawego skrzydła UE, a przy okazji budowanie nowej osi geopolitycznej Europy, jest w ich oczywistym interesie. Tym bardziej jest to dla nich interes, że ta część Europy jest gospodarczo opóźniona. Dla amerykańskiej przedsiębiorczości jest zatem ona perspektywicznym rynkiem, dużym terytorialnie oraz demograficznie. Z drugiej strony większość krajów prawego skrzydła UE jest na tyle rozwinięta, że może wchłaniać technikę i technologię amerykańską, co oczywiście polepsza perspektywy gospodarczej kooperacji.

Interesy amerykańskie i interesy krajów Trój-morza, a przynajmniej większości z tych krajów, są współbieżne, a to niezła podstawa do zacieśniania kontaktów i minimalizowania ryzyka współpracy.

Trump stawia na prawe skrzydło Europy